poniedziałek, 21 lipca 2014

Chapter 4

Jakbym tego nie wiedziała. Marzyłam o tym, żeby ktoś otworzył w tej chwili te drzwi.
-Mało mówisz. To z nieśmiałości czy podniecenia?
Ani jedno ani drugie, psycholu.
-Masz taki ładny biust, szkoda go tak zakrywać.
Dotknął mojej piersi, miałam ochotę mu przywalić. Pomijając fakt, że miałam bardzo ograniczone pole poruszania się.
-Możesz mnie tak nie dotykać?
-Przeszkadza ci to?
-Pomińmy fakt, że jesteśmy w jednej toalecie i zaraz ktoś może tu wejść.
-Racja - powiedział i zamknął drzwi od środka.
-Dlaczego to robisz? - spytałam starając się odejść od niego jak najdalej. Niestety odeszłam tylko z jeden centymetr.
-A jak myślisz? Jesteś gorąca.
Miałam na siebie koszulkę na ramiączka. Przypomniało mi się to dopiero teraz. Patrzył na mój biust. Najchętniej bym płakała. Czego on ode mnie chce?
-Zakładam, że chcesz wyjść, zgadza się?
Chociaż raz mówisz coś sensownego.
-To milczenie potraktuję jako ,,tak".
Boże, dziękuję!
W końcu otworzył te drzwi, jednak zanim mnie wypuścił, minęła chwila. Stał w niezmiennej pozycji opierając się o ścianę, tym samym zagrądzając mi drogę ucieczki.
-Czy ty się mnie boisz? Tylko odpowiedz, prawie w ogóle nie słyszałem twojego głosu.
Zastanawiałam się, co mu powiedzieć.
-Więc?
-Nie.
-To dobrze - uśmiechnął się i mnie wypuścił. Szybko skorzystałam z tej okazji, bo kto wie, może by się rozmyślił.
Wyszliśmy z łazienki, zaraz po tym objął mnie w talii. Nic nie rozumiałam.
Przez szyby w oknach widziałam ciemne niebo. Ile my tam siedzieliśmy? Wchodzimy - jasno, wychodzimy - ciemno w chuj.
-No to może my już wyjdziemy. Muszę na razie iść zapłacić, zaczekaj, odwiozę cię.
Dlaczego mu uwierzyłam?
Skierowałam się do wyjścia, bo w środku zrobiło mi się jakoś duszno. Przy jednym stoliku moją rękę chwyciła jakaś dziewczyna w czarnych włosach z blond dredami. Odwróciłam do niej głowę, jej wzrok był przejęty. Tylko czym? Może mną? Ta, jasne.
-Co jest?
-Uciekaj. Nie pytaj, tylko uciekaj.
-Przed kim? - zapytałam.
-Przed Andy'm. On jest niebezpieczny. Nie powinnaś się z nim zadawać. Uciekaj, póki możesz. - gdy zauważyła Andy'ego, który miał odchodzić od kasy, podała mi jakąś karteczkę.
W tej chwili podszedł do nas Andy. Dziewczyna puściła moją rękę.
-Idziemy?
-T-tak - miałam niezły ętlik w głowie. Ona mogła mówić prawdę. W jej oczach było zmartwienie i przerażenie. O mnie? Musiała go znać. Może ona też miała z nim jako takie przeżycia? A jeśli - to może gorsze? 
Gdy wsiedliśmy do samochodu, odpalił, przez chwilę nikt nic nie mówił.
-Co ona chciała?
-Nie ważne - powiedziałam nie patrząc na niego.
-Nie mówisz mi tego, co powinnaś.
Wiele rzeczy ci nie mówię. Ale to już też pomińmy. Dlaczego taka odważna jestem tylko w swojej głowie, a  w rzeczywistości to już nie?
Poprzednio jechaliśmy koło piętnastu minut, teraz jechaliśmy o wiele dłużej. Nie miałam zbyt wiele dobrych przeczuć.
-Ymm... mój dom jest w drugą stronę...
-Dlatego jedziemy w drugą - uśmiechnął się lekko, tego uśmiechu też nienawidziłam.
-No chyba nie.
Jedynym ,,sensownym" wyjściem z tej sytuacji, było dla mnie otworzenie drzwi i wyskoczenie z samochodu. Nagle wzięłam klamkę, nacisnęłam ją, a Andy kładąc rękę na moim ramieniu mocno mnie odciągnął. Odruchowo krzyknęłam. Zjechał na pobocze. Nikt nie jechał tą drogą. Było całkowicie pusto. Spojrzał na mnie znacząco.
-Nie zadzieraj ze mną.
-Mam pozwolić, żeby jakiś psychol zawiózł mnie gdzieś i nawet nie wiem gdzie i nie wiem, co może mi zrobić? Dziękuję, ale nie. - ponownie chwyciłam klamkę, znowu to samo. - Kurwa, zostaw mnie!
-Zrobimy inaczej.
Wstał ze swojego miejsca, by sekundę po tym znaleźć się po mojej stronie. Otworzył drzwi i wziął moje obie ręce i wyciągnął stamtąd. Próbowałam się wyrwać. Jak taki chudy człowiek może mieć tyle siły, żeby utrzymać mnie jedną ręką?

wtorek, 1 lipca 2014

Chapter 3

-Przyjdę po ciebie jutro o dziewiętnastej. Radzę ci być w domu.
Czułam się dziwnie, gdy mówił mi do ucha. Dziwnie to za mało powiedziane. Byłam przerażona. W sumie nie powiedział nic, co mogłoby przererazić człowieka. Jednak to, jak mnie trzymał i sposób, w jaki powiedział ,,Teraz jesteś moja" , przyprawiał mnie o dreszcze przerażenia.
Powoli puścił moje nadgarstki i odszedł krok ode mnie. Nadal stałam bez ruchu przy ścianie. Zaczął odchodzić coraz dalej, aż zniknął mi z pola widzenia za drzwiami do klubu. Po chwili i ja tam weszłam, by poszukać Rosalie. Nie, nie, powiem jej nic o tym ,,spotkaniu". Podeszłam stolika, przy którym siedziała z chłopakiem, który poprosił ją do tańca, i powiedziałam krótko:
-Ja wracam do domu
-Dlaczego? - zdziwiła się robiąc duże oczy.
-Po prostu nie mam ochoty tu już siedzieć
-Chodź ze mną na chwilę - wstała i biorąc moją rękę odeszła parę kroków od stolika. - Coś się... Wow! Nieźle, kto ci to zrobił? - zatrzymała swój wzrok na mojej szyi. Przypomniało mi się, że za pewne mam tam pamiątkę po wiecie czym.
-Nie ważne - zakryłam szybko malinkę włosami. Spojrzała na mnie mróżąc oczy i formując usta w dziubek.
-Erica Reneé Evans - wypowiedziała moje pełne imię i nazwisko. Nienawidzę, gdy ktoś mówi do mnie Reneé. - Coś mi tu kręcisz. To tamten, który tak na ciebie patrzy? - pokazała głową na jakiegoś chłopaka, a ja odwracając głowę w jego stronę, zauważyłam, że wskazała właściwą osobę. Od razu odkręciłam głowę i powiedziałam, że nie. Starałam się całą uwagę skupić na Rose, która coś mówiła, ale on mnie rozpraszał. Wiedziałam, że na mnie patrzy. Czułam jego spojrzenie, które paraliżowało moje ciało od góry do dołu. Pożegnała się i jak to ujęła, wróciła do Luka. Od razu skierowałam się do przedniego wyjścia. Marzyłam tylko o tym, żeby stąd wyjść i więcej go dzisiaj nie spotkać. Raczej nie, gdy dochodziłam tam, na zewnątrz stał on. Nie znam nawet jego imienia i chyba nie chcę poznać.
Otwieram drzwi, wychodzę, zamykam i chcę iść do domu.
-Jutro o dziewiętnastej, kotku, pamiętaj. - odwróciłam tylko głowę, a moim oczom zaraz po tym ukazał się tak zwany ,,on". Uśmiechał się do mnie. Zdołałam zapanować nad sobą i nie dać się znowu zahipnotyzować.
-Niezła - usłyszałam za sobą inny głos. Nie odwracaj się tylko. Szłam dalej i zostawiałam ich w tyle.
-Masz zamiar coś z nią zrobić? - zapytał inny.
-Być może - powiedział. Nie jestem rzeczą, czy ty tego nie widzisz? Przyspieszyłam kroku i zaczęłam się coraz to bardziej oddalać. Błagałam Boga, żeby on tylko żartował, że przyjdzie. Przecież on nawet nie wie, gdzie ja mieszkam. Prawda?
Otworzyłam drzwi i weszłam do domu. Wreszcie. Nie sądziłam, że kiedy kolwiek będę się cieszyć, że tutaj jestem.
-Boże, co za głupi dzień. - jestem zdana na mówienie do siebie. Wolę już gadać ze sobą, niż z nim. Na szczęście raczej nie będę miała z nim już do czynienia. Chyba że się okaże, że wie gdzie mieszkam. Tfu! Wypluj to. Grunt to umieć rozkazywć samemu sobie.
Nie było jeszcze tak późno, ja już jestem w domu. Nie chciałam znowu się na niego natknąć w klubie.
Musiał się tak na mnie potem gapić? Rose to zauważyła. Mogę być pewna, że jutro mnie odwiedzi i będzie o to wypytywać i żartując, że kogoś "wyrwałam". Nienawidzę takiego gadania. Zauważyłam, że nienawidzę wielu rzeczy. To normalne?
Przebrałam się w piżamę i położyłam się na łóżku. Chciałam już zasnąć i choć przez chwilę zapomnieć o dzisiejszym dniu.
Przez długi czas nieudawało mi się to. Przed oczami miałam jego obraz, a w uszach odbijały mi się jego słowa. Miałam dość, czułam nadal jego spojrzenie, jakby był w tym samym pokoju. Nie potrafiłam się poruszyć, zapomniałam jak to się robi. Chciałam tylko zasnąć.
***NASTĘPNY DZIEŃ, GODZINA 9***
Obudziłam się o dziewiątej. Leżałam na środku łóżka z kołdrą odrzuconą obok mnie. Podniosłam się do pozycji siedzącej po turecku, w której przez chwilę pozostałam. Wpatrywałam się w ścianę na przeciw siebie, jakby było w niej coś interesującego. Mój telefon zawibrował, co zwiastowało wiadomość.
To pewnie Rose, pomyślałam.
Wzięłam telefon do ręki i odblokowałam ekran.
"Czekaj na mnie przed blokiem, będę na parkingu. Załóż coś ładnego ;)
Wiesz kto pisze"
Ską... Skąd on wie, gdzie mieszkam?
Cholera.
Serce zabiło mi mocniej. Miałam wrażenie, jakby chciało wydostać się z piersi.
Postanowiłam zapisać ten numer w telefonie. Był po prostu numer, bo się nie podpisał. Kto wie, może by mi się przydał?
Idiotko, pewnie widział kiedyś jak wchodziłaś do bloku. Ale nie wie, które mieszanie.
Ale skąd do cholery miał mój numer?!
***KILKA GODZIN PÓŹNIEJ***
Rozważałam zostanie w domu albo pójście z nim. Nawet, kurwa, nie wiem gdzie. Jeśli na prawdę przyjdzie, a ja nie będę czekała, z łatwością może mnie znaleźć. Blok nie jest duży, ma cztery piętra z dwoma mieszkaniami na jednym. Kurwa. Za trzy minuty miała wybić dziewiętnasta. Leżałam na łóżku w swoim pokoju i niespokojnie gapiłam się w sufit. Nie miałam pojęcia, czy zdecydować się na wyjście, czy pozostanie w domu. Chyba wybrałam to drugie.
Wybiła dziewiętnasta, zero śladu jego. Może zapomniał, albo żartował? Oby żartował. Odetchnęłam z ulgą. I usłyszałam pukanie do drzwi, na co od razu się podniosłam. Podeszłam powoli do drzwi i spojrzałam przez wizjer.
To on.
Zakryłam usta dłonią, żeby nic nie mówić. Ale on to zrobił. Stanęłam pod ścianą obok drzwi.
-Wiem, że jesteś w domu.
Stałam bez ruchu i żadnego odgłosu. Miałam nadzieję, że pójdzie.
-Skarbie, otwórz, a nikomu nic się nie stanie.
Oczywiście, że wiedział, że jestem. Otworzyłam te drzwi. Spodziewałam się innego powitania.
-Wychodzimy?
-Nie jestem przygotowana - powiedziałam cicho.
-Możesz iść tak, jak jesteś.
Chciałam zamknąć drzwi, przeszkodził mi w tym, z łatwością przytrzymując je ręką.
-Zmienię chociaż bluzkę.
-Jak wolisz. Ale nie każ mi długo czekać.
Zamknęłam drzwi i zmieniłam bluzkę z błękitnej mgiełki na koszulkę z zespołu KISS. Ogarnęłam szybko włosy, umyłam zęby i założyłam krótkie glany. Wyszłam.
-Nieźle wyglądasz - powiedział oglądając mnie od góry do dołu.
Gdy schodziliśmy ze schodów chciał złapać mnie w talii, odsunęłam się o krok. Zaśmiał się gardłowo. Poszliśmy w stronę jego samochodu, w trakcie drogi złapał mnie w talii, już nie udało mi się oddalić. Przyciągnął mnie do swojego ciała. Czułam się odrobinę komfortowo.
Otworzył mi drzwi, żebym weszła pierwsza. Chciałam uciekać.
Ruszyliśmy.
-Gdzie jedziemy? - zapytałam.
-Zobaczysz.
Przez kilka minut nikt nic nie mówił.
-Dlaczego się nie odzywasz? - zapytał. - Jesteś spięta. Rozluźnij się. - powiedział, by chwilę potem po tym położyć swoją rękę na moim udzie.
-Skąd wiesz, gdzie mieszkam? - spytałam po dłuższej chwili.
-Obserwowałem cię.
Odwróciłam wzrok, a on zabrał rękę.
Zatrzymaliśmy się przed jakąś restauracją. Serio? Ucieszyło mnie to ogromnie, bo tam są ludzie.
-Panie przodem - otworzył drzwi i wpuścił do środka. Nasz stolik był na końcu lokalu. Gdy zmierzaliśmy do niego, wziął moją dłoń i przyciągnął do siebie. Patrzyłam na twarze ludzi, których mijaliśmy. Na wszystkich było zdziwienie. Niektórzy mieli to w dupie, inni gapili się tak, jakby zobaczyli ducha, a jeszcze inni swoimi spojrzeniami jakby chcieli mi powiedzieć, żebym uciekała.
Znaleźliśmy się na końcu, gdzie był nasz stolik.
-Dlaczego byłaś taka spięta? Nie podobało ci się to, że cię dotykałem?
Nie odpowiedziałam, jak pewnie się spodziewaliście.
-Nie wiem nawet, jak masz na imię - wydusiłam. - uśmiechnął się.
-Andy - odpowiedział. - A ty Erica.
Sk... Skąd? Powtarzam się.
Prowadziliśmy jakąś tam konwersację. Próbowałam dowiedzieć się jak najwięcej. Niestety wiedziałam tylko, że ma na imię Andy i pochodzi z Ameryki. Nie wiem, której.
-W ogóle na mnie nie patrzysz. Nie chcesz tego robić, albo próbujesz zgrywać niedostępną. Lubię takie dziewczyny.
Zaczął kompletować moją figurę i makijaż, skupił się bardzo na ustach. Mówił o seksie. Unikałam tego tematu jak tylko mogłam. Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła, gdy mówił mi o swoich fantazjach seksualnych związanych ze mną. Czy on ma coś z głową, czy tylko mi się tak zdaje?
-Przepraszam, muszę iść do łazienki  - najlepszy pretekst, żeby uniknąć tematu. Poszłam jak powiedziałam do toalety, która była jednym pomieszczeniem z dwoma kabinami, jedną damską, druga męską. Mogłam się więc spodziewać wizyty Andy'ego.
Weszłam do jednej kabiny, 3/4 czasu spędzonego tam rozważałam ucieczkę przez okno. Idiotka. Masz siedemnaście lat, nie siedem.
-Kochanie, co tak długo?
Kurwa.
Otworzyłam drzwi, by wyjść. Poszłam do umywalki, umyłam ręce. Poczułam ręce Andy'ego łapiące mnie w talii i zjeżdżające niżej na biodra. Położyłam swoje dłonie na jego, żeby je zdjąć, ale nie udało mi się tego zrobić. Przejął całą inicjatywę. ,,Przeprowadził" mnie przez całą łazienkę, otworzył drzwi do kabiny, tym razem męskiej i zamknął je. Popchnął mnie ma ścianę i stanął blisko mnie. Za blisko.
-Chciałaś mi się wymknąć, prawda?
Położyłam ręce na jego klatce piersiowej, żeby go odepchnąć. Oparł się o równoległą ścianę, uśmiechnął ironicznie. Chwyciłam klamkę i chciałam wyjść, nie pozwolił mi. Objął mnie w talii i pociągnął do siebie. Przywarł mnie do ściany i stanął niebezpiecznie blisko mnie. Nasze twarze dzieliły milimetry. Czułam jego perfumy, idealne. Co ty gadasz?
-Mówiłem ci już, że lubię dziewczyny, które zgrywają niedostępne?
-Wcale nie zgrywam niedostępnej.
-Skarbie, wiesz, że przede mną nie uciekniesz?

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Kontakt z autorką, czyli ze mną xd ;3

Mój numer GG: 48573127



Jeśli chcesz być informowany/a o nowych rozdziałach, skomentuj ten post i
podaj kontakt do siebie :) 

Chapter 2

Z szafy wybrałam jakieś ubrania idealne na tą okazję, jaką była moja pierwsza wolna sobota w tym roku. Założyłam czarne rurki, białą bluzkę 
,,mgiełkę" i czarne szpilki. Czarne jak noc włosy zakręciłam i rozpuściłam. Zrobiłam mocny, ale umiarkowany makijaż. Do kieszeni włożyłam telefon i wyszłam. Zanim jeszcze to zrobiłam, zadzwoniłam po moją koleżankę z pracy, czy ma teraz ochotę wyjść. Ona zawsze jest gotowa, na pewno się zgodzi. Wybrałam numer do Rosalie. 
- Halo? - usłyszałam miły głos brunetki.
- Cześć, Rose. Masz ochotę teraz wyjść? 
- Hmm, a gdzie?
- Do ,,Night".
- No ba, że mam ochotę! - powiedziała z entuzjazmem. - To za ile mam być gotowa? 
- Ja już jestem ogarnięta, to zależy od ciebie - powiedziałam najmilej, jak tylko umiałam.
- Hm, tylko wskoczę a jakąś sukienkę i możemy iść.
- Okej, to ja już idę do ciebie - oznajmiłam.
- Spoko, akurat będę gotowa. Do zobaczenia! - powiedziała i rozłączyła się. Założyłam szpilki i wyszłam z domu. Nie miałam długiej drogi do domu Rose. Po chwili stałam już przed jej domem. Wyszła z niego ubrana z czerwoną sukienkę bez ramiączek, czarne szpilki, a włosy miała związane w ciasnego kucyka. 
-Hej, jaka z ciebie laska - skomentowała. - Idziesz na podryw?
-Ta, gdzie ja na podryw. Nudzi mi się, chciałam coś ze sobą zrobić.
-Więc hm... Chodźmy! 
Ruszyłyśmy w stronę klubu, do którego droga zajęła nam 15 minut. Jeśli Rose za bardzo zaszaleje z alkoholem, łapiemy taksówkę. Ja za dużo nie piję, ale nie jestem 
,,sztywniakiem" i jakiegoś drinka wypiję. W drodze do klubu rozmawiałyśmy o wielu rzeczach. Rose ogólnie mówiła o chłopakach, a ja znowu narzekałam na napalonych chłopaków, którzy zaczepiają mnie w godzinach pracy. Doszłyśmy po jak się okazało niedługim czasie.
W klubie było dużo ludzi. Jedni już całkiem pijani, inni, którzy się rozkręcali, i tacy, którzy przyszli tutaj po prostu potańczyć i posiedzieć ze znajomymi lub nowymi ludźmi. Ja z Rose bywamy tutaj rzadko, obie długo pracujemy. Mieszkamy same, musimy mieć pieniądze na mieszkanie, jedzenie, rachunki, ubrania, żeby nie chodzić cały czas w tym samym. Musimy więc pracować więcej, niż reszta pracowników. Jak chce się mieć pieniądze, trzeba pracować. 
Weszłyśmy dalej, zajęłyśmy jeden mały stolik i zaczęłyśmy rozmawiać. Po chwili poszedł do nas chłopak, około 20 lat.
-Zatańczysz? - powiedział do Rose. Ona tylko spojrzała na mnie, a ja odpowiedziałam:
-Nie jestem twoją matką, idź, ja przeżyję. 
-Na pewno?
Posłałam jej minę, jakbym chciała powiedzieć ,,Czy ciebie do reszty pojebało?". Poszli na parkiet, a ja zostałam. Czułam się trochę dziwnie, siedząc tak sama. Chyba tak też wyglądałam. Nie miałam pomysłu, co mogę robić do powrotu Rose. Poszłam do łazienki. Weszłam w nieco ciemniejszy i cichszy korytarz, gdzie znajdowały się toalety. A gdy stamtąd wyszłam od razu pożałowałam. Pożałowałam całego wyjścia na tą pieprzoną imprezę. Gdy tylko zamknęłam drzwi od toalety, ktoś złapał mój nadgarstek. Mogłabym pomyśleć, że to Rosalie, ale jej uścisk był całkowicie inny, delikatny. Ten był inny. Silny, mocny, na pewno męski. Moje plecy spotkały się z zimną ścianą na zewnątrz klubu, bo zaraz przy drzwiach wyjściowych znajdowała się łazienka. Czułam czyjąś obecność. Nadgarstki zaczęły mnie nieziemsko piec pod wpływem silnego ucisku. Jęknęłam coś typu 
-To boli
W odpowiedzi usłyszałam gardłowy śmiech. Śmiech, którego nie polubiłam od samego początku. 
-Możesz mnie puścić?
-A czy wyglądam na kogoś, kto przystałby na twoją prośbę? - odezwał się. Sądząc po głosie był młody, stwierdziłam, że trochę do dwudziestce. A co mnie z resztą obchodzi jego wiek? Mam teraz inne zmartwienia. Nagle coś rozświetliło wszystko do okoła. Była to chyba latarnia, która świeci sobie kiedy tylko jej się spodoba. Dzięki niej zobaczyłam twarz osoby, która mnie tutaj zaciągnęła. Był to chłopak wysoki i szczupły o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych. Z idealnie czarnymi włosami z postawioną grzywką i błękitnymi oczami, w których najwyraźniej się zatopiłam. Zahipnotyzował mnie swoim spojrzeniem.
-Skarbie, powiedziałem coś
Otrząsnęłam się na te słowa. Ile ja się w te jego oczy wpatrywałam? 
-Co taka słodka i niewinna dziewczyna robi w takim miejscu? Nie znasz chyba ludzi, którzy tutaj przychodzą.
-Co niby za ludzie? - zastanowiłam się trzy razy, zanim coś powiedziałam.
-Ja chcę tylko ci powiedzieć, że nie jesteś tutaj bezpieczna
Zaczęłam się wyrywać, jednak bezskutecznie. Był za silny. Miałam ochotę krzyczeć, jednak wszystko co było wypowiedziane w tym miejscu, tłumiła przygnębiająca cisza. Z resztą uświadomiłam sobie, że na pewno należy do tych chłopaków, którzy na takie zachowania nie reagują zbyt przyjaźnie. Przywarł mnie mocniej do ściany i zaczął obdarowywać pocałunkami moją szyję, co robił wbrew mojej woli. 
-Teraz jesteś moja - szepnął mi do ucha. Przeszedł mnie niechciany dreszcz. W co ja się wpakowałam.

środa, 18 czerwca 2014

Chapter 1

Wykończona wróciłam do domu po nocnej zmianie w pracy. Kto by pomyślał, że praca w barze jest taka męcząca? Przecież to tylko budynek z ciasno porozstawianymi stolikami, ogromnym parkietem, zapachem alkoholu i obrazami dziewczyn, których tyłki ledwo zakrywały skórzane spódniczki i facetami, którzy się za nimi oglądali, a także takimi, którzy łapali za tyłki kelnerki. A jednak nie była to praca, o której zawsze marzyłam. Od dziecka chciałam skończyć dobre liceum, pójść na studia i znaleźć dobrą pracę. Ale co mogłam zrobić bez rodziców i nikogo, kto by mnie wspierał, żeby zrealizować moje plany?
Dochodziła godzina szósta. Wchodzę do mojego mieszkania, które ufundowała mi moja rodzina zastępcza, żeby się mnie pozbyć, zasłaniam rolety, kładę się do łóżka, przykrywam kołdrą i myślę. Już nie jestem ciekawa następnego dnia, tak jak wtedy, gdy byłam pięcioletnim dzieckiem. Zmieniłam się, sama już siebie nie poznaję. Moja rodzina zastępcza, po której otrzymałam nazwisko Evans wyrobiła mi takie puste patrzenie na świat. Wstaję rano, żyję nudnym życiem bez znajomych, idę spać, a za każdy błąd w twarz albo brzuch.
Po piętnastu minutach zasnęłam. Tego było mi trzeba. Śniłam o czymś dziwnym. O barze, kilku osobach i mnie. Jednak nie pamiętam nic, co się w tym śnie działo. Pamiętam tylko zarys sylwetek tych postaci i to, w co byłam ubrana. Nie pamiętam twarzy tych osób, byli jak zagadka, chodząca tajemnica.
Otwieram oczy, ukazują się im nikłe promienie słoneczne, takie jak w przerwach ulewnego, przelotnego deszczu. Wstaję i odsłaniam rolety. Widzę dzieci, które na drodze grają w zbijaka przed moim domem. Ich piłka wpadła na mój balkon, znajdujący się na pierwszym piętrze. Wyszłam na balkon i z ciepłym uśmiechem odrzuciłam dziesięcioletniemu chłopczykowi, który stał pod balkonem, piłkę. Powiedział słodko ,,dziękuję" i pobiegł do przyjaciół. Weszłam z powrotem do mieszkania i zaczęłam się zastanawiać, co by tu robić. Po krótkim namyśle uznałam, że przejdę się do klubu na drugim końcu miasta. Nie do tego, w którym pracuję. Na imprezy kiedy mam wolne tam nie chodzę. Jestem tam niemalże codziennie. Mam dość tego miejsca, a szukać nowej pracy nie mam zamiaru. Zanim ktoś by mnie przyjął, zleciałoby trochę czasu. Poza tym nie było żadnych ogłoszeń o przyjęcie do pracy.
Siedziałam w fotelu w małym salonie i czytałam nudne wiadomości lokalne. Czytałam nudne wiadomości lokalne z nudów. Wow. Brawo, Erica, jesteś taka inteligentna.
Wybiła godzina jedenasta. Niektórzy ludzie szli do pracy, dzieciaki biegły po dworze, starsze panie chodziły ze swoimi psami.
Nie robiłam przez cały dzień nic sensownego. Wieczorem wyszłam na imprezę do
,,Night".
_____________
Druga część pojawi się już niebawem. Czekajcie :)

#PerfectWeapon

Prolog

Ona jest piękna, on jest jak bestia 
On jest jak bestia, ona jest piękna...
Kto by pomyślał, że zwykłe wyjście z koleżanką na imprezę może wymknąć się z pod kontroli. 
On i ona. 
Otulający ich mrok i ciemność. 
Strach i zagadka.
Ona - cicha dziewczyna. Drobna i niewinna.
On - wielka tajemnica. Niebezpieczny.
Tak jak piękna i bestia.